Sunday, 1 October 2017

Wszędzie widzę kota

Pierwszy tydzień bez mamy. Leon i Isa super, w szkole bez problemu, na świetlicy bez problemu. Leon nawet zaczyna jeść obiady. Zupę całą, drugie próbuje. Ważne to jest, bo prze kilka ostatnich lat miał ogromny problem z jedzeniem w towarzystwie. Nie obgryza już paznokci. Nawet nie zauważyłam kiedy, po prostu okazało się, że trzeba mu je obciąć.

Isabela dostała zaproszenie na urodziny do parku linowego, a ja jakiś czas temu postanowiłam sobie, że będę próbować rzeczy, które mnie przerażają, ale chcę ich spróbować. Że nie warto rezygnować, bo potem się okaże, że właśnie tego chciałam. I tak było tym razem. Weszłam, na drugą trasę. Nogi mi się trzęsły, ale przeszłam. W połowie drogi stwierdziłam, że to nie dla mnie, że nigdy więcej, ale jak już zeszłam, miałam chęć na więcej. Tyle, że była już pora do domu.
Bardzo, bardzo, bardzo byłam i nadal jestem z Isy. Przeszła sama trzecią co do trudności trasę, a ona z reguły boi się takich wyzwań. Drugą co do trudności trasę przeszła ze mną, już po zrobieniu trasy numer 3. Widziałam jak trzęsły jej się nogi, jak się już chciała kilka razy poddać, a jednak szła dalej. Prawie płakała ze strachu, ale szła. Jestem dumna, bo wiem, ile ją to kosztowało.







Wykorzystujemy też miasto i idziemy do kina na polski film, pt. Tarapaty. Bardzo lekkie kino akcji dla dzieci. O samotności, trochę inności, przyjaźni, trudnych sytuacjach, tarapatach i wspieraniu się. Dla mnie bardzo lekkie, moje dzieci bardzo się zaangażowały i przeżywały. Leon po wyjściu z kina skakał po murkach. Bo on szuka skradzionego skarbu.

I bardzo chcę kota. Wszędzie go widzę, nawet przechodząc obok otwartych drzwi łazienki, jak siedzi pod prysznicem. Nie mogę go wziąć, bo babcia nie będzie się nim zajmować, kiedy ja będę musiała wyjechać z miasta. Gdzie postawię kuwetę, w kuchni? Skąd wezmę na jedzenie? Jak będę go wozić do rodziców i gdzie go tam zostawię? A może zostanie w domu na weekend?
Obawiam się, że zalety posiadania kota i go przytulania nie są wystarczające na tyle, żebym przestała się bać odpowiedzialności. Ale wszędzie widzę kota...
Isa chce kota, dobrze mieć takie zwierzę w domu. Ja chcę kota.
W gazetkach akurat wszędzie produkty dla zwierząt.
Chciałam już się ogłosić na Fb z zapytaniem czy warto wziąć kota. Znów przeszukałam cały internet i znalazłam artykuł, który jeszcze bardziej mnie stonował. Kot to odpowiedzialność na jakieś 20 lat. Trzeba go wykastrować. Trzeba o niego dbać. Pewnie będę, ale co jak coś wypadnie?
Naprawdę mnie to przerasta..
Znów myślę, że gdybym tylko zechciała, zabrała się do roboty i rozpisywała na temat zakupienia sofy, alby przyjęcia kota pod nasz dach, to w końcu byłabym sławna i mogła zacząć zarabiać na blogu. Hahahaha!!!!

Sunday, 24 September 2017

Kolejny wyjazd, kolejne miasto. Upajający Wrocław

A dzieci zostawię z babcią same znów. Nie wiem, czy babcia wytrzyma i kiedy się zbuntuje. Czy będę musiała szukać opiekunki na cały tydzień? o, co mi się chyba nie opłaci. Bardziej mi się opłaci poszukać czegoś nowego.

Nie da się ukryć, starzeję się. Noc przed wyjazdem na program spędziłam w hostelu we Wrocławiu, dzieląc pokój z czterema innymi paniami. Praca przyznaje nam, pracownikom budżet na nocleg przed lub po programie. Tak się niestety składa, że nie ma dobrego połączenia i najlepiej zostać na dwie noce, a żeby się w budżecie zmieścić trzeba dzielić pokój z obcymi ludźmi. I cóż, zdarzyło mi się nieraz spędzić noc w takim hostelu, w takim pokoju, tyle, że byłam młodsza. Może ludzie byli inni?
No, bo przepraszam. Jeśli kładę się spać o 20, to mam nadzieje, że ci, którzy przyjdą później będą zachowywać się na tyle cicho, że mnie nie obudzą. Ale nie, najpierw wparowała do pokoju o 22 pani z recepcji z jakimiś ludźmi, dyskutując na temat tego, które i dlaczego akurat to łóżko będzie dla niej. Zasnęłam. O północy znów światło i szeleszczenie. Paniusia wróciła z baletów. Zapewne można było przygotować sobie piżamkę, ręczniczek i mydełko przed wyjściem, ale po co!!! Przecież co mnie to obchodzi, że inni śpią!!! Najważniejsze, że ja się dobrze bawiłam, a teraz idę spać!!!
Wrocław cudny. Naprawdę musimy tu przyjechać razem z rodziną na jakiś weekend, może już jak będzie ciepło, po zimie. Poranek pachniał tak, jak wszystkie miasta, które odwiedzałam podróżniczo, nowym miejscem i przygodą.
Popołudnie było mniej pachnące, ale tylko dlatego, że padał deszcz i zrobiło się zimno.


O, to jest miejsce, gdzie się chce być. Sama przyjemność przebywania. Urocze dekoracje, lekko, przyjemnie. W sam raz dla takiej starszej pani jak ja. Hotel Chojnik, niedaleko, właściwie już beretem od zamku Chojnik jest super uroczy, jak dla mnie w skandynawskim stylu, ale co ja tam wiem? Tak czy inaczej, uroczo tam się chodziło w ciepłej chuście i popijało ciepłą herbatkę.


Tradycyjnie, po moim powrocie torba babci wypadła z szybkością światła, za nią babcia.
Nie, no byłabym niesprawiedliwa, bo po prostu babcia już nie może z nami być w tym tygodniu, musi sobie pozałatwiać sprawy zdrowotne. Nawet ją na spokojnie odprowadziliśmy na przystanek i pożegnaliśmy, zaraz po tym, jak ugotowała nam obiad, pozmywała i upewniła się, że jej stara córka, wymęczona po kolejnej bezsennej nocy we Wrocławiu, da radę ogarnąć towarzystwo.
Bo zamiast iść odpocząć poszłam sobiekupić kawę i posiedzieć na wrocławskim rynku, po prostu popatrzeć na ludzi i natknęłam się na ludzi z programu. To poszłam na pizzę i na piwo.

Jeszcze natknęłam się na coś takiego.
.


Teatr z Petersburga, przedstawienie dla dzieci. O przytulaniu, potrzebie bycia razem, uważności i byciu po prostu. Bez słów, samym gestem i śmiesznymi dźwiękami. W ramach 5 międzynarodowego festiwalu Teatrów dla Dzieci Dziecinada: 
MOONSTERS, Wędrowne Lalki Pana Pejo, Rosja.




W niedzielę pojechałam z dziećmi zamówić sofę, która na mnie patrzyła, a która ma być u nas już za tydzień i w końcu razem obejrzeliśmy Vaianę-Moanę.  Poryczałam się jak bóbr. Nie wiem, czy Disney umie tak wyciskać łzy, czy to siła kobiety tak do mnie przemawia? Uwielbiam oglądac dziećmi film, ale nie tak, że jednym okiem w komputerze, jednym na filmie, nogą w pokoju obok, a rękami w kuchni, przy garach. Tak całkiem, zupełnie, bez rozpraszania się, całym jestestwem, z dziećmi. Lubim tak, bardzo.

Friday, 15 September 2017

Pierwszy dzień szkoły

34 lata temu 1 września tez wypadał w piątek, tak jak w tym roku. Tyle, że wtedy szkoła zaczęła się w piątek, w tym dopiero w poniedziałek, 4 września. No i wtedy, te 34 lata temu, pierwszy szkolny weekend spędziliśmy u babci. No i wtedy spadłam z ławki parkowej, w moich przepięknych, łososiowych, stukających sandałkach. No i po weekendzie (bo w pierwszym szpitalu powiedzieli, że nie trzeba nic robić, tylko wysłali do domu; pamiętam, że przespałam ten weekend z potwornym bólem głowy) tydzień leżałam w szpitalu z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu, zwichnięta kostką i pękniętą czaszką, w części skroniowej. Biedna ta moja matka.
No, ale wracając do teraźniejszości, pierwszego dnia, Pani przedstawiła Isę całej klasie, opowiedziała, gdzie mieszkała i co robiła, posadziła w pierwszej ławce. A potem przez kilka dni słyszałam historię, jak to Bartek z sąsiedniej ławki nie spuszczał z niej oczu i nawet nie chciał słuchać swojego kolegi, z którym siedzi w ławce.
Miejmy nadzieję, że pozna kogoś, z kim będzie jej miło w klasie i nie będzie się czuła samotna.
Leonowa Pani gadała i gadała, i już myślałam, że nigdy nie pójdziemy do domu.

Pierwsze dni mijają spokojnie, chodzą do szkoły, ja do pracy, babcia zajmuje się domem.
Leon uczy się nowych rzeczy i wierszyków, kręci mi palcem po plecach:

duże kółko
małe kółko
sto tysięcy kółek około nas
nie ma żadnych kątów
ja ci takie kółko dam
Zmasowało cię, mamo?

Isa też się uczy, rozwiązuje zadania z matematyki, zapisuje w zeszycie Zad. 3. Smieją się z Leonem, że zad to taki zadke, na co Leon, że zad jest potrzebny, bo się tamtędy robi kupę.
Takie rozkoszne dyskusje się u nas odbywają popołudniami.

Szukam też narożnika i jak tylko mogę siedzę na necie, bo zanim wybiorę, muszę zrobić rekonesans. Choć właściwie po co, narożnik z netu i tak będzie kotem w worku.
Taki bym chciała, ale czy się na niego zdecyduję... Hm.
Z takiej strony https://www.mebel-partner.pl/naroznik-z-funkcja-spania-na-bukowych-nogach-aura-niebieski-detail.
A może ciemnoszary welurek. Ileż decyzji...


Pojechałam też do sklepu, zobaczyć jak wyglądają sofy i sposoby ich rozkładania. Sławna bym była, gdybym tylko zaczęła opisywać wszystko, co robię w związku z poszukiwaniem narożnika do spania. Przeczytałam więcej niż połowę artykułów dotyczących narożników. Wiem już, że można rozkładać ją na delfina, na dl, na sedaka, czyli belgijkę, na klik-klak, jak zwyczajna wersalka. Że są sprężyny  takie, śmakie, w kieszeniach, bez kieszeni. Takie materiały, śmakie materiały. 
A w sklepie zawołały do mnie sofy, nie narożniki. I co ja mam teraz robić, skoro nastawiłam się na narożnik?
Pojechałam jeszcze raz z Nadzią. Nawet ona twierdzi, że skoro sofka do mnie zawołała, to muszę ją mieć. To wszystko powinnam mieć, taki kolaż uczyniła. Będę się zastanawiać.


Przy okazji zwiedzania supermarketów, zajrzeliśmy poszukać tostera i takich tam. Leon poszedł pooglądać klocki Lego. Będę tutaj Leonku, ale nie chodź nigdzie, zaraz do ciebie podejdę. 
Wracam do zabawek, szukam Leona i słyszę "Mama Leonka proszona jest o podejście do punktu obsługi klienta, aby odebrać synka" Yhm.

Tylko weekend przyjdzie, babcia ucieka. Torba stoi pod drzwiami, czeka tylko, żebym weszła, torba ucieka, a z nią babcia. No, niech tej torbie będzie, tęskni za dziadkiem i swoimi kątami, co mam ja trzymać na siłę w mieście.
Babci nie ma, chodzimy na spacery po deptaku. ale też na niedzielną mszę. Kleknij Leonku. Nie, założyłem eleganckie spodnie i nie chcę, żeby się pobrudziły.
Byliśmy też na Pożegnaniu Dworca PKS  kieleckiego. Można było zjeść smaczki, dostać kielecką torbę zakupową, zakupić koszulki, pograć na starych grach i obejrzeć zakamarki dworca. Na to akurat się nie pisaliśmy. Można też było iść na imprezę i pewnie byśmy poszli, gdyby nie to, że ja byłam na tańcach z koleżankami z pracy.
Można też było kupić pamiątkowe magnesy zrobione z talerzy, tak jak podziemia dworca. Co też uczyniliśmy.





I tak nam intensywnie mijają pierwsze tygodnie szkoły. Dobrze nam razem.

Sunday, 3 September 2017

Same imprezy

Co za crazy time.
Urwanie głowy, szaleństwo i jeszcze kilka imprez. Kolejny tydzień mija, a ja przyzwyczajam się do myśli, że już całkiem niedługo nastąpi kolejna zmiana w naszym życiu. Kolejny raz zmieniam dzieciom szkołę, znów zmieniam im miejsce zamieszkania, znów stawiam przed wyzwaniami.
Nie wiem, czy się cieszyć, czy obawiać.  Jedno jest pewne, babcia będzie z nami tak długo jak będzie trzeba, ale mam też nadzieję, że nie za długo, bo zasłużyła w końcu na odpoczynek.
Póki co, jeszcze czas na ostatnie podrygi przed szkołą. Dziatki znów przyjechały na kilka dni, bo Agata jeszcze była z chłopakami w Polsce., więc mam przedsmak obowiązków, które czekają mnie w roku szkolnym. Mieliśmy u rodziców śmiesznego grilla, no i w końcu pojechałam na kolejny program z pracy.

Tym razem niedaleko Krakowa, więc wszystko dobrze mi się poskładało, albo miałam nadzieję, że mi się poskłada. Wstałam rano, święcie przekonana, że mnie bus zawiezie do centrum. Owszem zawiózł mnie, ale nie do centrum. A  potem musiałam sobie już sama poradzić, niestety. I myślałam, że znam Kraków, ale zanim wyplątałam się spod dworca i doszłam na miejsce zbiórki, spaliłam całe śniadanie.
Po raz kolejny obiecałam sobie, że zacznę ze sobą wozić herbatę, bo tego suszu, który jest oferowany na wyjazdach, nie da się pić. Ale, z wyjazdów przez herbatę, rezygnować nie będę. Tyle okazji, żeby pogadać sobie po angielsku nie będę miała w normalnych warunkach. Zresztą, kto nie przeżył, ten nie wie. Kiedy jeszcze dodam, że mogę się, tak jak lubię, powygłupiać, to kto mnie zna, będzie wiedział, że odpuszczę sobie, jeśli naprawdę będę musiała.
A na koniec proszę państwa prawdziwa dyskoteka. Czuje się jak nastolatka pisząc to wszystko. Chyba dobrze, nie?
Niedaleko naszego obozu jest Skamieniałe Miasto, do którego odwiedzenia zachęcam. Generalnie chodzi o to, że było dwóch włościaninów, a może i rycerze. Jeden miał ziemie i był zachłanny, drugi miał dziewoję, która go nie chciała. Uciekła ta dziewoja od niego do tego zachłannego, a tenże ja ukrył i oddać nie chciał. Jedynie obietnica oddania mu wszystkich ziem tego od dziewoi sprawiła, że bramy otwarł. Jakież było zdziwienie wszystkich (choć pewnie nie zdążyli się zdziwić) kiedy w momencie otwarcia bram z nieba hukło, a wszyscy zamienili się w skały.
Jest tam też wodospad, który przemienia się w wartki strumyczek, a utworzył się z łez oszukanej dziewoi. Tym razem jednak wodospadu nie było. Jak to słusznie zauważył jeden z uczestników obozu, najwidoczniej jej przeszło. Nasza wyprawa była krótka i szybka, ale widzę na stronie, że warto wybrać się na dłużej i zrobić masę innych ciekawych rzeczy.



Ostatniego dnia obozu musiałam wyjechać trochę wcześniej, bo szykowała się kolejna potańcówka z widokiem na Wawel. Koleżanki mówią, że cały tydzień żyłam tą potańcówką. W końcu nieczęsto zdarza się potańcówka z widokiem na. Przyjechałam odpowiednio wcześnie, odebrałam Isę odpowiednio wcześnie, poszłam przejść się po Kazimierzu, zjadłam hiszpańską, przepyszną, sycącą, kremową zupę i już, już szłam się oporządzić, kiedy zadzwoniła ciocia Kania, że gps się obraził i jej nie chce przez Kraków poprowadzić. O nie! Biegiem do hotelu, po drugi telefon, szybko, szybko szukać drogi. Koniec końców miałam 25 minut na to, żeby zrobić się na bóstwo i jako tako wyglądać. Okazja zobowiązuje.
Wytańczyłam się za wszystkie czasy. Ach, co to był za bal...


Sunday, 20 August 2017

Agata z chłopakami na polskich wakacjach. Dlaczego wakacje w mieście nie są takie złe.


Przespałam całą niedzielę po powrocie z Węgier. Mam mieszane uczucia, bo choć pogoda świetna, temperatura powietrza rewelacyjna, to jednak całonocna opieka nad obcymi dziećmi w pociągu to nikła przyjemność.
W Polsce też było gorąco, bardzo nawet duszno. Wyskoczyłam z pracy na chwilkę prosto w ten polski-afrykański ukrop i pomyślałam, że bardzo chciałabym być teraz w Wiślicy, że to jednak bardzo dobre miejsce na wakacje.
Z węgierskich wakacji przywiozłam nową definicję depresji. Podczas rozmowy o wszystkim i o niczym, ni stąd ni zowąd weszliśmy na tematy imigracyjne i o problemach. Jak, nie mam pojęcia. Spojrzałam dzięki temu na mój problem z innej perspektywy. Bo depresja może być dobra dla naszego zdrowia. Za dużo bodźców na organizm i w końcu więcej się nie da. Wtedy coś się wyłącza, właśnie po to, żeby nasz fizycznie i psychicznie przeciążony organizm odpoczął. I wtedy ta depresja przestaje się wydawać bezsensowną.
Ten prawie rok odpoczynku wiele dał mi dobrego. W sensie możliwości powrotu do siebie takiej, jaką znałam wcześniej, zanim to wszystko się zaczęło.


15 sierpnia wolny dzień, więc dzieci przyjechały do mnie do miasta na parę dni, odciążyć w końcu babcię i zobaczyć się z Maćkiem i Filipem z Anglii. Zatrudniłam do pomocy ciocię Aliss, żebym się nie musiała martwić tym, co tu zrobić, kiedy jestem w pracy.
Ciocia jak zwykle wywiązała się z obowiązków śpiewająco i dzieci moje zadowolone były.
Wydawałoby się, miasto, co tu można robić. A jednak. Czasami lepiej niż na wsi, kiedy wieś i rzeka już się nudzi, a przyjaciele wyjechali na obozy, kolonie i do innych babć.
Po pierwsze basen, można zapomnieć, że jest się w mieście, kiedy słońce praży, a woda chłodzi. Nawet prawdziwy piasek, w którym szukaliśmy muszelek i kamiennych skarbów był na miejscu.
Miasto dało nam też świetną pizzę, której nie powinnam była jeść,  bo gluten źle na mnie działa, ale była taka pyszna, że nie mogłam się powstrzymać.
Przez te kilka dni dzieci pobiegały na Kadzielni, zrobiły lizaki, dostały dyplom cukiernika karmelarza, milion razy huśtały sie na pod blokowych huśtawkach i maja super wspomnienia. W każdym razie tak właśnie mówią.

Obowiązkowo jeszcze lody wieczorem i długi, nocny spacer. Tak długi, że ledwo dotarliśmy do domu. I padliśmy.

W domu Leon wyszedł na balkon, popatrzył na balkonowe daszki naszych sąsiadów i stwierdził, że on to by sobie chętnie poskakał po tych daszkach. Tak z daszku, na daszek. Rewelacja.
To takie podsumowanie wakacji w mieście.



Sunday, 13 August 2017

Węgierska przygoda

W ramach wyjazdów koniecznych, które nawiasem mówiąc, sprawiają mi przyjemność, przyszło mi jechać na Węgry, 5-13 sierpnia.
Czy to mi muszą się przydarzać jakieś dziwaczne sprawy?
Jechaliśmy do Budapesztu pociągiem nocnym z Warszawy. Z Budapesztu do Warszawy też. Wykończyła mnie ta podróż, wąskie przedziały z kuszetkami, obcy ludzie, którzy robią sobie kolację z kurczaka i wielkie walizki młodzieży, którą przyszło mi się opiekować, a która to młodzież pakuje się na tydzień jakby miała się przebierać kilka razy dziennie.
Ile razy będziesz się przebierać na węgierskiej wsi?
Oj, no człowiek uczy się czegoś nowego każdego dnia.
Na przykład tego, że w przedziale z kuszetkami nie ma miejsca na dwie wielkie walizki i 4 stosunkowo mniejsze i następnym razem trzeba zakazać. Tylko, ze już nie mam ochoty na zmęczenie po powrocie. Zwłaszcza, że nie bardzo wiedziałam na co się zdecydować. czy jechać blablacar'em, do którego musiałabym dojechać podmiejską kolejką, czy czekać cztery godziny na pociąg.
I tak nie bardzo wiedząc co zrobić, snułam się po dworcu Centralnym jak ten smród po gaciach, czując, że wypadałoby się szybko zdecydować, bo niedługo padnę ze zmęczenia.
Nadal niezdecydowana, przepuściłam pana na ruchomych schodach, który okazało się, też nie wiedział co ma robić, bo kazali mu kupić bilet na lotnisko w pociągu i szukał rozwiązania, i zaczęliśmy rozmawiać.
Po pierwsze, pan zapytał kiedy wracam do Anglii i czy jestem z północy i, ooo, nie zauważył, że jestem Polką, bo brzmię jak z północy, a sam był Anglikiem. Co mile połechtało moje wiecznie niedowartościowane w kwestii umiejętności językowych, ego. Powinnam takich ludzi spotykać częściej.
Po drugie, pan poprosił o przysługę. Przyleciał do Polski, żeby pomóc swojej polskiej koleżance, która wpadła w złe towarzystwo i zaczęła przyjmować środki, których nie powinna. Znalazł adres, pod którym przebywa w Polsce na wakacjach, kiedy odwiedza rodzinę i zapukał. Niestety nie chciała go wpuścić, więc nie bardzo wiedział, co z tym zrobić. Całe szczęście spotkał mnie! A przecież ja jestem dobry człowiek, pomocny, usłużny. On mi da adres tej pani i jej numer telefonu. Ja zadzwonię do niej i przekażę, że jeśli tylko potrzebuje pomocy, to on jest w Anglii, żeby jej pomóc. A w Polsce jestem ja, żeby jej pomóc. I żebym koniecznie zadzwoniła.
A Węgry? Nie bardzo wiem. Jedyne co widziałam była polska wieś i odrobina Budapesztu w biegu, bo pakowanie wielkich walizek do schowków na dworcu zajęło nam sporo czasu. Czemu ludzie nie myślą?
Poza tymi dziwacznymi wydarzeniami, prawie jak wakacje. Gorąco, pachnąco, słonecznie. 34 stopnie w nocy, czego jeszcze mi potrzeba.

Cóż jeszcze mogę rzec. Organizacja obozu była, hm, troszkę inna niż bym oczekiwała. Dzięki temu jednak nauczyłam się poprosić o szklankę, a może kubek, gorącej wody i sok z cytryny. I nawet umiem to wymówić.


A poza tym, polska wieś, jak na załączonym obrazku. Do czego służą zawieszone na prawie każdych drzwiach wianeczki nie wiem, nikt z tubylców, którzy mówili po angielsku, nie umiał mi wytłumaczyć.
Budapesztu widziałam tyle co nic, w związku z tym mam cel-planowanie weekendu w Budapeszcie, z dziećmi, co nie będzie wcale łatwe, bo miasto wielkie, atrakcja co krok, a stópki dzieci małe kroczki robią i nie pozwolą mi się już przeciągnąć przez miasto, jak to mam w zwyczaju z nimi czynić, dy jesteśmy w jakimś nowym, interesującym miejscu.










Saturday, 15 July 2017

Trochę prawdziwego lata


Uprzejmie informuję, że żyję, funkcjonuję i coś tam robię. Nic szczególnego, przez osiem, czasem dziesięć, kiedy stukam nadgodziny, godzin siedzę przed komputerem i piszę maile do ludzi. Czasem jest to proste, czasem trzeba trochę pomyśleć. 
Popołudniami jestem sama, czasem pójdę do sklepu, czasem odwiedzam ciocię Policjantkę. Kupuję na wagę kajmaki, które smakują prawdziwym mlekiem w proszku, rety, jakie smaczne. Jeden to zawsze za mało, ale i tak kupuję tylko jeden. Ze strachu, że się obeżrę kilogramem.
W weekendy znów jestem mamą, no i jak nam pogoda dopisze łazimy nad rzekę, z torbą ogórków i chlebem z masłem. Brakuje tylko kompotu w szklanej butelce na mleko, z plastikowym kapslem.

Poza tym z nadmiaru czasu urządzam internetowy szoping. Wybieram kanapę, zastanawiam się, czy farba kredowa jest okej do pomalowania witryny czy może lepiej akrylowa, ale do akrylowej trzeba przygotować powierzchnię, a mnie się nie chce ścierać, ale do kredowej trzeba wosku, najlepiej ze trzy warstwy, roboty a roboty. A kolor jaki!? Biały? Nie wiem nic. 
I tak se siedzę, szukam, sprawdzam , porównuję, czytam książki, gotuję sałatę na lunch do roboty.
A u babci ciocia Iza z małym kuzynem, który ukradł mi, swoim pojawieniem się, wyłączność na świętowanie urodzin. Czyli prostym językiem, urodziny ma wtedy, kiedy ja. I kto będzie ważniejszy, ciotka, czy siostrzeniec?